Obudziło go słońce, nachalnie wkradające się pod powieki, świdrujące oczy i palące skórę.
Niewiele pamiętał z ostatniej nocy. Głośny stukot końskich kopyt, nieznośny posmak w ustach oraz szum oceanu w głowie sugerowały, iż skończyło się jak zwykle. Przynajmniej miał powód by się tak skończyło.
Jak zwykle też, zwlókł się z łóżka i podążył w stronę łazienki. Blask wpadającego przez niewielkie okno światła oślepiał. Na chwile stracił równowagę, a wnętrzności podeszły do gardła. – Nie będę rzygał – pomyślał – chociaż, może warto wyrzucić z siebie cały wczorajszy dzień?
Odkręcił wodę i spojrzał przed siebie. W lustrzę zobaczył tą samą twarz co zawsze. Z podkrążonymi oczami, bladą cerą i grymasem ust jakby chcącym powiedzieć: -zobacz co ze sobą zrobiłeś. Nienawidził jej. Każdej nocy modlił się, by jej nie musieć oglądać, każdego ranka przeklinał, że wciąż tu jest.
Zrobił to, co zwykł robić w przypadku gdy ktoś go wkurwiał.
Szybki prosty cios i znienawidzona twarz rozprysła się na miliony kawałków, zasypując podłogę niczym sylwestrowo-noworoczne konfetti.
Słońce wpadające do pomieszczenia przepięknie zgrało się z kawałkami szkła, tworząc na ścianach i suficie wielką rodzinę lustrzanych zajączków. Mrugały do siebie radośnie i przeskakiwały to z sufitu na ścianę, to ze ściany na drzwi, jakby kompletnie nie przejmując się czerwoną stróżką spływającą na posadzkę.
Opłukał rękę i przetarł twarz, pozostawiając na niej blado-krwistą smugę. Jeszcze raz spojrzał przed siebie. - Przynajmniej nie będę musiał na Ciebie więcej patrzeć - rzucił pod nosem i wyszedł.
wtorek, 1 czerwca 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
