Woda delikatnie uderzała o brzeg. Kołysała swym szumem i napawała spokojem.
Gwiazdy niczym malutkie robaczki pełzały po tafli wypatrując swojego odbicia na niebie, oświetlane jedynie nikłym kształtem księżyca, który jakby zawstydzony tym wszystkim, zasłonił połowę swego oblicza.
Po upalnym dniu, noc dawała chociaż trochę ukojenia. Przynosiła ulgę spalonej skórze i zmęczonym oczom.
Lubił noc. Ukrywała jego grzechy i to kim był. Dawała schronienie. Maskowała wady i niedoskonałości, które dzień tak bezlitośnie ukazywał.
To pod osłoną nocy mógł dać upust swoim emocjom tak skrzętnie ukrywanym w blasku dnia. W ciemności nie musiał się tłumaczyć z „kropel deszczu” na policzkach i wilgotnych oczu. Oczu, których w nocnym świetle nie było widać. Oczu, tak bardzo zmęczonych „dniem” i „ciągłym uśmiechem”.
Spadająca gwiazda przecięła niebo i bezradnie zgasła gdzieś na horyzoncie.
Uniósł głowę i pomyślał życzenie.
W oddali dostrzegł księżyc, który już nie zwracał uwagi na swoje gwiezdne dzieci pluskające się w wodzie, tylko zmęczony nocnym towarzystwem, odwrócił się plecami i powoli zaczął znikać w nadchodzącym świcie, ostatni raz zerkając w dół, jakby chciał powiedzieć – Do zobaczenia jutro.
Ale jutro już się nie zobaczyli
piątek, 16 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
wtorek, 1 czerwca 2010
IV
Obudziło go słońce, nachalnie wkradające się pod powieki, świdrujące oczy i palące skórę.
Niewiele pamiętał z ostatniej nocy. Głośny stukot końskich kopyt, nieznośny posmak w ustach oraz szum oceanu w głowie sugerowały, iż skończyło się jak zwykle. Przynajmniej miał powód by się tak skończyło.
Jak zwykle też, zwlókł się z łóżka i podążył w stronę łazienki. Blask wpadającego przez niewielkie okno światła oślepiał. Na chwile stracił równowagę, a wnętrzności podeszły do gardła. – Nie będę rzygał – pomyślał – chociaż, może warto wyrzucić z siebie cały wczorajszy dzień?
Odkręcił wodę i spojrzał przed siebie. W lustrzę zobaczył tą samą twarz co zawsze. Z podkrążonymi oczami, bladą cerą i grymasem ust jakby chcącym powiedzieć: -zobacz co ze sobą zrobiłeś. Nienawidził jej. Każdej nocy modlił się, by jej nie musieć oglądać, każdego ranka przeklinał, że wciąż tu jest.
Zrobił to, co zwykł robić w przypadku gdy ktoś go wkurwiał.
Szybki prosty cios i znienawidzona twarz rozprysła się na miliony kawałków, zasypując podłogę niczym sylwestrowo-noworoczne konfetti.
Słońce wpadające do pomieszczenia przepięknie zgrało się z kawałkami szkła, tworząc na ścianach i suficie wielką rodzinę lustrzanych zajączków. Mrugały do siebie radośnie i przeskakiwały to z sufitu na ścianę, to ze ściany na drzwi, jakby kompletnie nie przejmując się czerwoną stróżką spływającą na posadzkę.
Opłukał rękę i przetarł twarz, pozostawiając na niej blado-krwistą smugę. Jeszcze raz spojrzał przed siebie. - Przynajmniej nie będę musiał na Ciebie więcej patrzeć - rzucił pod nosem i wyszedł.
Niewiele pamiętał z ostatniej nocy. Głośny stukot końskich kopyt, nieznośny posmak w ustach oraz szum oceanu w głowie sugerowały, iż skończyło się jak zwykle. Przynajmniej miał powód by się tak skończyło.
Jak zwykle też, zwlókł się z łóżka i podążył w stronę łazienki. Blask wpadającego przez niewielkie okno światła oślepiał. Na chwile stracił równowagę, a wnętrzności podeszły do gardła. – Nie będę rzygał – pomyślał – chociaż, może warto wyrzucić z siebie cały wczorajszy dzień?
Odkręcił wodę i spojrzał przed siebie. W lustrzę zobaczył tą samą twarz co zawsze. Z podkrążonymi oczami, bladą cerą i grymasem ust jakby chcącym powiedzieć: -zobacz co ze sobą zrobiłeś. Nienawidził jej. Każdej nocy modlił się, by jej nie musieć oglądać, każdego ranka przeklinał, że wciąż tu jest.
Zrobił to, co zwykł robić w przypadku gdy ktoś go wkurwiał.
Szybki prosty cios i znienawidzona twarz rozprysła się na miliony kawałków, zasypując podłogę niczym sylwestrowo-noworoczne konfetti.
Słońce wpadające do pomieszczenia przepięknie zgrało się z kawałkami szkła, tworząc na ścianach i suficie wielką rodzinę lustrzanych zajączków. Mrugały do siebie radośnie i przeskakiwały to z sufitu na ścianę, to ze ściany na drzwi, jakby kompletnie nie przejmując się czerwoną stróżką spływającą na posadzkę.
Opłukał rękę i przetarł twarz, pozostawiając na niej blado-krwistą smugę. Jeszcze raz spojrzał przed siebie. - Przynajmniej nie będę musiał na Ciebie więcej patrzeć - rzucił pod nosem i wyszedł.
środa, 26 maja 2010
środa, 19 maja 2010
II
Przyszła po cichu. Bezszelestnie wślizgnęła się do pokoju. W półmroku dało się dostrzec jedynie jej nikły cień przesuwający się po ścianie. Wiedziałeś że przyjdzie. Czekałeś, a mimo to zaskoczyła swoją obecnością.
Zamruczała cichutko i zaczęła łasić się do nóg. Bez słowa przyjąłeś, gdy wskoczyła na kolana. Nie sprzeciwiłeś się, gdy usiadła na piersi.
Z początku Jej przyjemny ciężar, z każdą chwilą stawał się nie do zniesienia. Sprawiał, że brakowało tchu. Im głębiej chciałeś oddychać, tym mocniej czułeś go na piersiach.
Gwałtownym ruchem ręki starałeś się Ją zrzucić, czując że się dusisz. Była na to przygotowana. Poderwała się zwinnie, rzucając się do gardła i rozrywając pazurami tętnice.
Fontanna trysnęła na wszystkie strony, jak wybuch gejzeru. Na ścianach zaroiło się od karmazynowych malowideł, jak by przed chwilą w pokoju tworzyło swe dzieła kilku najznakomitszych malarzy. Widziałeś, jak czerwone soki życia opuszczają swoje pierwotne miejsce i zalewają pokój. Zrobiło się przenikliwie zimno. To dziwne, bo dałbyś głowę, że parę minut wcześniej podkręciłeś ogrzewanie.
Upadając na kolana zdołałeś Ją ujrzeć jeszcze raz. Mogłeś dostrzec w Jej oczach spokój i pewnego rodzaju rutynę. Ze znudzeniem spojrzała, gdy ciało bezwładnie upadło na ziemie, rozchlapując na boki krwiste jezioro, po czym usiadła cichutko obok, przyglądając się ostatnim stróżkom spływającym bezładnie na podłogę.
Zamruczała cichutko i zaczęła łasić się do nóg. Bez słowa przyjąłeś, gdy wskoczyła na kolana. Nie sprzeciwiłeś się, gdy usiadła na piersi.
Z początku Jej przyjemny ciężar, z każdą chwilą stawał się nie do zniesienia. Sprawiał, że brakowało tchu. Im głębiej chciałeś oddychać, tym mocniej czułeś go na piersiach.
Gwałtownym ruchem ręki starałeś się Ją zrzucić, czując że się dusisz. Była na to przygotowana. Poderwała się zwinnie, rzucając się do gardła i rozrywając pazurami tętnice.
Fontanna trysnęła na wszystkie strony, jak wybuch gejzeru. Na ścianach zaroiło się od karmazynowych malowideł, jak by przed chwilą w pokoju tworzyło swe dzieła kilku najznakomitszych malarzy. Widziałeś, jak czerwone soki życia opuszczają swoje pierwotne miejsce i zalewają pokój. Zrobiło się przenikliwie zimno. To dziwne, bo dałbyś głowę, że parę minut wcześniej podkręciłeś ogrzewanie.
Upadając na kolana zdołałeś Ją ujrzeć jeszcze raz. Mogłeś dostrzec w Jej oczach spokój i pewnego rodzaju rutynę. Ze znudzeniem spojrzała, gdy ciało bezwładnie upadło na ziemie, rozchlapując na boki krwiste jezioro, po czym usiadła cichutko obok, przyglądając się ostatnim stróżkom spływającym bezładnie na podłogę.
wtorek, 18 maja 2010
I
-A może przestanie padać dopiero wtedy, gdy staniemy się szczęśliwi?
-Nie żartuj. Nie może przecież padać aż tak długo.
-Nie żartuj. Nie może przecież padać aż tak długo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
