Woda delikatnie uderzała o brzeg. Kołysała swym szumem i napawała spokojem.
Gwiazdy niczym malutkie robaczki pełzały po tafli wypatrując swojego odbicia na niebie, oświetlane jedynie nikłym kształtem księżyca, który jakby zawstydzony tym wszystkim, zasłonił połowę swego oblicza.
Po upalnym dniu, noc dawała chociaż trochę ukojenia. Przynosiła ulgę spalonej skórze i zmęczonym oczom.
Lubił noc. Ukrywała jego grzechy i to kim był. Dawała schronienie. Maskowała wady i niedoskonałości, które dzień tak bezlitośnie ukazywał.
To pod osłoną nocy mógł dać upust swoim emocjom tak skrzętnie ukrywanym w blasku dnia. W ciemności nie musiał się tłumaczyć z „kropel deszczu” na policzkach i wilgotnych oczu. Oczu, których w nocnym świetle nie było widać. Oczu, tak bardzo zmęczonych „dniem” i „ciągłym uśmiechem”.
Spadająca gwiazda przecięła niebo i bezradnie zgasła gdzieś na horyzoncie.
Uniósł głowę i pomyślał życzenie.
W oddali dostrzegł księżyc, który już nie zwracał uwagi na swoje gwiezdne dzieci pluskające się w wodzie, tylko zmęczony nocnym towarzystwem, odwrócił się plecami i powoli zaczął znikać w nadchodzącym świcie, ostatni raz zerkając w dół, jakby chciał powiedzieć – Do zobaczenia jutro.
Ale jutro już się nie zobaczyli
piątek, 16 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
